Promocja !

legendy


Zielone złoto Inków


Zanim umarł Kianachuyma, torturowany przez Hiszpanów, stary wróżbita, który z rozkazu Inki służył w świątyni na Wyspie Słońca, zgromadził swoich braci i powiedział im:

Synowie moi, zanim umrę, chciałbym ogłosić to, co przekazał mi w swej dobroci za moim pośrednictwem, nasz kochany Bóg Słońca.

Wejdźcie na najbliższy szczyt, znajdźcie roślinę o owalnych liściach, strzeżcie i uprawiajcie ją z największą pieczołowitością i poświęceniem, gdyż ona zapewni wam pożywienie, ulgę i pociechę.

W cierpieniu, które spotka was ze strony białych despotycznych oprawców, żujcie te liście, a będziecie mieć dużo siły do pracy.

W samotnych i długich podróżach, do których zmusi was biały, żujcie te liście, a podróż wyda się wam krótka i przejściowa.

Na dnie kopalń, do których wpędzą was niehumanitarne ambicje tych, którzy przyjechali rabować skarby naszych gór i kiedy napotkacie groźbę zawalenia sie skał, sok z żutych liści tej rośliny pomoże wam znieść życie w ciemności i strachu.

A w chwili gdy wasze melancholiczne dusze będą chciały upozorować trochę szczęścia, liście uśpią wasz smutek i wasze zmartwienia i poczujecie się szczęśliwsi.

Kiedy będziecie chcieli odsłonić rąbka tajemnicy swojego przeznaczenia, kawałki liści rzucone na wiatr odkryją tę tajemnicę.

Lecz, kiedy biały będzie chciał zrobić to samo co wy i ośmieli się użyć tych liści, spotka go to co najgorsze.

Ten sok, który dla was będzie siłą i życiem, dla białych będzie wstrętnym nałogiem i zwyrodnieniem.

Podczas gdy dla was będzie pokarmem duchowym, ich przeistoczy w głupców i szaleńców.

Synowie moi, nie zapomnijcie tego co wam przekazuję. Uprawiajcie tę roślinę gdyż jest to przepiękne dziedzictwo, które wam pozostawiam.

Pilnujcie aby nie wyginęła, utrzymujcie ją w dobrym stanie, rozpowszechniajcie ją wśród naszych braci z czcią i miłością.

 

Mit Yanomami

o śmiertelności człowieka

Stwórca Yanomami Omama, wysłał swego brata, leniwego i krnąbrnego Yoasi, by wyciął dwie gałęzie z bardzo twardego, o łupiącej się korze, drzewa pore hi, na podpory hamaku dla złapanej w rzece córki wodnego potwora Tëpërësiki. Dzięki temu jej skóra miała być zawsze piękna i młoda, a Yanomami mieli zyskać nieśmiertelność. Jednakże leniwy Yoasi ułatwił sobie zadanie i zamiast twardego pore hi wyciął miększe drzewo ara usihi, które nie traci i nie odnawia swej kory. Konsekwencją tego stało się to że Yanomami pozostali na zawsze śmiertelnikami.

 

Wiktoria Królewska

Legenda o gwiezdnym kwiecie o imieniu Naja

Dawno temu, w jednym plemieniu nad brzegiem Amazonki, żyła piękna Indianka o imieniu Naja. Wierzyła, że księżyc wybiera najpiękniejsze dziewczyny i zamienia je w gwiazdy, by na zawsze świeciły na niebie. Ona też chciała zostać gwiazdą. Co noc wychodziła ze swej chaty i pokazywała się księżycowi z nadzieją, że ją wybierze, ale księżyc do tego jakoś się nie kwapił. Pewnej nocy jednak Naja zobaczyła księżyc w wodzie jeziora. Przekonana, że przyszedł po nią, rzuciła się do wody na jego spotkanie i zginęła w głębinie. Księżyc poruszony tym poświęceniem się pięknej Indianki postanowił zamienić ją w gwiazdę, ale nie tę na niebie, tylko w gwiezdny kwiat, wiktorię królewską. Kwiat ten otwiera sie tylko w nocy i jest biały, ale gdy tylko dotkną go promienie słońca, staje się różowy. Ogromny liść, na brzegu lekko podwinięty, może unieść osobę ważącą tyle samo, ile ważyła piękna Naja.

Yacana

Inkaski mit o czarnej lamie

 

Lama jest jedną z najważniejszych zwierząt dla Inków. Czarne przestrzenie między drogą mleczną w/g wierzeń Indian przybierają jej kształt. Te figury są konstelacjami. Natomiast dwie silne gwiazdy w konstelacji Centaura (alfa i beta) reprezentują czarne oczy lamy. A oto opowieść o czarnej Yacanie (Lamie).

Yacana wędruje ze swym dzieckiem YUTU wzdłuż rzeki i wkracza na drogę mleczną. Im dłużej idzie tym bardziej staje się czarna. Jej dziecko cały czas jej towarzyszy, a gdy staje się głodne, Yacana karmi je. Gdy Yacana i jej dziecko budzą się po odpoczynku, wtedy nastaje dzień.Gdy człowiek spotka na swej drodze Yacanę, podczas gdy ona karmi właśnie swoje dziecko, będzie już do końca swoich dni szczęśliwy. Yacana jest sprawiedliwa i wszystkich traktuje jednakowo. Nie może dać szczęścia tylko jednemu mężczyźnie bądź jednej kobiecie. W nocy gdy nikt nie patrzy lama wypija wodę z oceanów- wodę bólu, smutku, pragnienia, głodu, wodę całej tragedii ludzkości. Chroni w ten sposób również lądy od zalania i powodzi.

Niedaleko Yacany są również trzy gwiazdy, które razem spacerują w jednej linii. Nadano im imiona KUNTUR (kondor), SUYUNTUY (kogut), HUANAN (sokół). Inkowie werzą że gdy te trzy gwiazdy wzejdą i będą świecić najjaśniej, to nadchodzący rok będzie urodzajny. Gdy zaś nie będą mocno świeciły, rok przepełniony będzie cierpieniem i nieurodzajem.

 

 

 

 

Legenda o Vilcacorze

 

Legenda plemienia Ashaninków

Pewnej nocy, gdy Kashiri-Księżyc, najwyższe bóstwo Ashaninków, rozjaśnił niebo, myśliwy z plemienia Ashaninków szedł wąską ścieżką szukając zwierzyny, aby nakarmić swoją rodzinę. Zmęczenie po wielu godzinach bezskutecznych poszukiwań, pragnienie i desperacja osłabiły samotnego wędrowca. Nagle jakiś szelest w dżungli przykuł jego uwagę. Zdziwienie myśliwego było przeogromne, gdy ujrzał wielkiego jaguara, zdzierającego pazurem korę z grubego pnącza. Nieśmiało lecz z ciekawością mężczyzna przyglądał się, jak jaguar pije wodę wypływającą z potężnej liany. Następnie widział, jak ten sam jaguar z wielką zwinnością upolował sobie jelenia. Indianin pod wpływem tej sceny podszedł do pnącza i napił się niezwykłej wody. Już po kilku minutach poczuł przypływ świeżych sił. Postanowił wziąć z sobą kawałek pnącza, które-co ciekawe-miało kolce podobne do pazurów jaguara. Świtało już, gdy napotkał na swej drodze olbrzymiego tapira. Łowca, jak nigdy dotąd, powalił go jednym celnym uderzeniem. Odtąd Ashaninkowie cenili i wszechstronnie używali pnącze, wskazane przez jaguara. Nazwali je samento lub vilcacorą.

 

Duch lasu nad Iguaςu

Legenda plemienia Guarani

Wszyscy zawsze widzieli ich razem. Dla całej wioski było jasne, że jeśli gdzieś pojawił się mały Caroba, wkrótce przybędzie jego urocza towarzyszka Naipur. Dziewczynka była wpatrzona w swojego przyjaciela, a mały wojownik zawsze dzielnie bronił jej przed docinkami równieśników. Byli nierozłączni.

Nawet w tej spokojnej wiosce Indian Guarani, leżącej nad brzegiem leniwej rzeki Iguaςu, czas płynął szybko. Nie wiedzieć kiedy Caroba wyrósł na przystojnego i silnego młodzieńca. Nikt nie potrafił tak jak on podejść czujnego jaguara. Nikt nie łowił tylu ryb i nikt nie pływał tak dobrze czółnem.

Tymczasem Naipur stała się prawdziwą pięknością. Już kilka razy nawet z odległych wiosek, przypływali młodzieńcy z nadzieją, że Naipur i jej ojciec przyjmą ich starania. Na próżno. Wszyscy wiedzieli, że Naipur spędzi resztę życia przy boku Caroba. Ich dziecięca przyjaźń przerodziła się w głębokie uczucie. Wioska szykowała się do wielkiego wesela.

Pewnego dnia, gdy dziewczyna wychodziła właśnie z wody po porannej kąpieli, rozkrzyczany zwykle o tej porze las ucichł. Naipur poczuła na sobie czyjś wzrok. Nie była bojaźliwa, ale po jej nagich plecach przeszedł dreszcz. Po chwili, tak samo jak nagle zamilkły, rozwrzeszczały się wszystkie ptaki. Naipur wróciła do wioski i zapomniała o dziwnej przygodzie.

Tego dnia szaman wyszedł do lasu. Wieczorem w największej chacie, zebrała się starszyzna wioski. Narada trwała wiele godzin. Wezwany do środka Caroba wybiegł po chwili z nieprzytomnym wzrokiem. Zabrał swoją broń i ruszył do lasu.

Rankiem cała wioska zebrała sie na głównym placu. Obok szamana stała odświętnie przystrojona Naipur. Nerwowo szukała wzrokiem Caroby. Nigdzie go nie było.

Indianie oczekiwali na Ducha Lasu. To właśnie on zobaczył kąpiącą się Naipur i zapragnął jej dla siebie. Tylko dzięki jego przychylności Guarani mogli bez obawy korzystać z bgactw dżungli. Nie mogli więc sprzeciwić się jego woli.

Szaman prowadził półprzytomną ze strachu i rozpaczy Naipur do czółna. Miała przepłynąc na drugą stronę rzeki. Tam mieszkał Duch Lasu.

Kiedy dziewczyna wsiadła do łodzi, z tłumu Indian wybiegł smukły młodzieniec i jednym skokiem znalazł się koło Naipur. Chwycił wiosło i kilkoma silnymi pchnięciami skierował czółno w dół rzeki. Para kochanków skryła się za zakolem rzeki. Kanoe nabrało szybkości. Tylko Caroba potrafił tak prowadzić łódź. Para kochanków skryła się za zakolem rzeki.

Nagle las zadrżał, a powietrze rozdarł przeraźliwy krzyk. To Duch Lasu ruszył w pogoń za zuchwałym wojownikiem. Z impetem ciskał wielkie drzewa próbując zatrzymać zbiegów. Caroba jednak sprawnie omijał przeszkody. Rozwścieczony Bóg widział, że jego wybranka wymyka mu się z rąk.Zebrał wszystkie siły i całą swą mocą uderzył w rzekę przed uciekinierami. Potężne pęknięcie przecięło rzekę w poprzek. Nurt gwałtownie przyspieszył. Ogromne masy wody spadły w powstałą przepaść, tworząc setki kaskad i wodospadów.

Prąd był coraz silniejszy. Ramiona Caroby słabły. Czółno szybko zbliżało się do krawędzi. Uderzyło w podwodny głaz. Naipur wypadła z łodzi. Indianin skoczył za nią, nie mógł jednak pokonać rzeki. Oboje spadali. Grzmot wody zagłuszył krzyk dziewczyny. Caroba zawisł na skalnej półce. Widział jak Naipur znika w białej kipieli. Tam, gdzie powinno spaść ciało dziewczyny, leżał tylko ciemny głaz. Caroba wpatrzony w piekielną czeluść, zastygł zmieniony w drzewo przez rozwścieczonego Ducha Lasu.

Do dziś na jednej ze skalnych półek zwieszających się nad wodospadem rośnie pochylone drzewo. Zdaje się patrzeć w dół w nadziei, że podmuch wiatru rozwieje strumienie wody i pozwoli dojrzeć ukochaną.

 

Flaga peruwiańska

Jak głosi jedna z legend flaga peruwiańska zawdzięcza swe barwy kolorom upierzenia Flamingów. Ptaki te mają czerwone skrzydła i biały tułów i taka jest właśnie flaga – z lewej i prawej strony czerwone pasy a w środku pas biały.

Wielki Amaru

Peru

Pierzasty Wąż u Inków był wcieleniem Wirakoczy, Najwyższego Stwórcy, który powołał do życia Inti Słońce. Majowie nazywali go Kukulkanem, a Aztekowie Quetzalcoatlem. Jest to opowieść o wielkiej tragedii, która dotknęła lud inkaski, i wielkim ocaleniu danym przez bogów.

Dawno, dawno temu, w czasach dawno zapomnianych przez nowe pokolenia, z wyjątkiem mędrców, którzy wspominają je ze strachem, nastała straszliwa susza. Niebiosa zamknęły się, a nieubłagane Słońce wypaliło każdą roślinkę na Ziemi, zamieniając niegdyś przyjemne miejsce w prawdziwe piekło. Nawet mchy i porosty nie przetrwały piekącego skwaru, a każde zwierzę i każdy syn człowieczy cierpiał straszliwe męki.

Ludzie płakali z rozpaczy, wznosząc swe ręce do nieba i błagając o pomoc bogów, którzy ich stworzyli: bogów burz, którzy zsyłali ulewy i chronili rzeki; bogów Ziemi, którzy nadali kształt całemu światu, a nawet samego Wielkiego Wirakoczę, Stwórcę Wszechrzeczy. Lecz wszyscy oni zdawali się spać, ponieważ ani jedna kropla pocieszającego deszczu nie spadła z nieba.

Każdego dnia tnące wichry smagały ciała, a okropne pragnienie doprowadzało do szaleństwa. Wszystko to działo się do chwili, kiedy szaman, wiedziony dziwnym snem, zebrał pozostałych przy życiu towarzyszy i wyruszył na poszukiwanie miejsca, w którym mógłby raz jeszcze odprawić stosowne — choć do tej pory nieskuteczne — rytuały i przebłagać bogów.

Ciężka i długa to była wędrówka, lecz nagle oczom pielgrzymów ukazał się ostatni skrawek życia. Był to krzew Cantu, którego kwiaty kwitły nie zważając na suszę i jałowość gleby, choć teraz i on zdawał się umierać. Pozostał na nim bowiem tylko jeden jedyny zielony pączek, który wciąż opierał się zabójczym promieniom Słońca. Ten niezwykły widok tak zdumiał przybyłych, a jednocześnie napełnił otuchą, że uklękli, wznosząc swe modły do bogów, błagając ich raz jeszcze o ratunek. Lecz wówczas stało się niewypowiedziane: pączek rozchylił się, a jego płatki opadły na ziemię, jak opuszczony przez duszę człowiek. Gorzki to był żart Przeznaczenia! Rozpacz ludzka nie miała granic i tylko krzyk wydobył się z ich gardeł. Jednakże w ten samej chwili dwa pozostałe na pąku płatki poczęły trzepotać jak skrzydła i wkrótce przemieniły się w mieniącego się kolorami tęczy kolibra, który od razu wzniósł się do nieba. Oniemiali z zachwytu i zdziwienia ludzie spoglądali w ślad za nim, czując rodzącą się w ich sercach iskierkę nadziei. Może tym razem ich modlitwy zostały wysłuchane?

Magiczny ptak przeleciał nad spaloną ziemią i wyschniętym korytem rzecznym, jego czarne oczy spostrzegły ogrom ludzkiego bólu; jego serce postanowiło zapamiętać te obrazy, by dzielić je z bóstwami. Z prędkością światła boski koliber pokonał dystans między doliną a Świętymi Górami, gdzie bogowie mieli swą siedzibę. Śmiertelny to był lot, lecz z ostatnim tchnieniem koliber zdołał wybłagać litość u boga Gór Waitapallany, mówiąc mu o udręce i straszliwym pragnieniu wszystkich ziemskich istot. Wraz z rozpaczliwym krzykiem ptaka przebudził się Bóg Waitapallana. Jak długi był to sen, poznał Wielki Bóg po straszliwych scenach, które ukazały się jego oczom: Ziemi obróconej w pustynię, życiu obróconemu w nicość. Ponownie zabrzmiała w jego uszach błagalna pieśń kolibra, a wraz z nią głosy szamana i jego towarzyszy. Żałością napełniło się serce Waitapallany i nagle zapłakał gorzko. Jego łzy spadły z gór jak kamienie, znikając u ich podnóża, z wyjątkiem jednej, która utworzyła górskie jezioro. Jego wody nie chciały jednak ustać, falując i rozprzestrzeniając się bez umiaru. Nikt nie mógł przewidzieć, co stanie się za chwilę. Nagle, spod powierzchni wody wyłoniła się dziwna istota, która wzbiła się w powietrze lśniąc jak poranna gwiazda. Narodził się syn boskich łez, potężny Amaru — pierzasty wąż z głową lamy i rybim ogonem, z kryształowymi oczami i czerwonym pyskiem — na którego ogonie umieszczone było Oko Świata.

Wielki Amaru uniósł się nad dogorywającą krainą i począł spełniać wolę swojego Stwórcy. Z jego pyska wydobyła się gęsta mgła, która otoczyła doliny, przynosząc nowe życie spękanej ziemi. Spod skrzydeł spadł deszcz, ogon rozsypał grad, a z pięknego połysku rybich łusek powstała tęcza. Wkrótce i inne bóstwa przebudziły się z kamiennego snu, a bogowie władający burzą i sztormem wreszcie napełnili niebo ożywczą ulewą, tak wyczekiwaną przez spragnionych ludzi. Także Bóg Ziemi zjednoczył się z braćmi w tym dziele odrodzenia i wspólnymi siłami zdołali wyleczyć rany, zadane ich krainie przez dotkliwą suszę.

Mógł więc Człowiek raz jeszcze śmiać się i tańczyć, i wielbić swych bogów, i dziękować Wielkiemu Ojcu Waitapallanie oraz tajemniczej istocie zrodzonej z jego płaczu, która ocaliła ich wszystkich.

Legenda o bezoarach

Peru

Stara legenda peruwiańskich Indian głosi, że żyjące w Andach lamy wiedzione instynktem sterowanym przez bóstwa zjadają niektóre trujące zioła, co uodparnia je na inne trujące rośliny i zatrutą wodę. Według innej, równie pięknej legendy, bezoary są skamieniałymi łzami jeleni, które chcąc się odmłodzić zjadają węże, po czym wchodzą do wody i stoją w niej dopóki jad nie wypłynie z łzami, które spadając do wody zamieniają się w kamienie zdobniczej. Bezoary są kruchymi, lśniącymi kamieniami o różnej wielkości i barwie żółtej, szarej, niebieskawej, białawej lub zielonkawej, Kamienie te powstają z niestrawionych cząstek pokarmu oraz sierści zwierząt ( lam, mułów, antylop, gazeli, kóz ), która zjadana jest z pożywieniem podczas linienia.

W IV wieku p.n.e. Arystoteles pisał, że kamień ten usuwa truciznę z organizmu. Persowie głęboko wierzyli, że bezoar ma właściwości nie tylko lecznicze, ale też magiczne. Nadali mu nazwę Bad-zahr co znaczy “wyganiający truciznę”. Bezoar, na którym umieszczony był wizerunek szacha służył im za talizman, który chronił wojownika przed zatrutą bronią wroga. Chińczycy i Hindusi z kolei twierdzili że bezoar przywraca młodość i urodę. Obecnie kamień ten stosowany jest w azjatyckiej medycynie naturalnej jako lek na dolegliwości żołądkowe.

Legenda o powstaniu Tawantinsuyu

Peru

„Pewnego dnia bóg Inti zlitował się nad ludzkością i postanowił wyprowadzić ja ze stanu dzikości . W podobłocznej pieczarze Pakiratambu wydał na świat czterech synów i cztery córki. Złączywszy rodzeństwo w stadła małżeńskie, wręczył im klin z litego złota i powiedział:
„ Idźcie w świat, a tam, gdzie klin z łatwością zanurzy sie w glebę, załóżcie wasza siedzibę. Uczcie ludzi rolnictwa i dobrych obyczajów, pokażcie im, jak stawia sie domy i świątynie, a potem złączywszy ich w społeczeństwo pełne ładu i szczęśliwości, panujcie nad nimi w imieniu moim.”
Wyruszyli wiec przed siebie i po długiej wędrówce znaleźli sie w dolinie Cuzco. Ponieważ klin dał sie łatwo wbić w ziemię, zbudowali na tym miejscu miasto, które nazwali Cuzco, czyli Pępek świata.
Niebawem zapanowała niezgoda miedzy rodzeństwem. Najstarszy z nich Ayar Kachi posiadał nadludzka silę i z tego powodu rościł sobie prawo do panowania nad nimi. Przeto młodsze rodzeństwo zwabiło go podstępem do pieczary i zawaliło wejście ogromna skala. Drugi brat Ayar Uczu byl kłótliwy, toteż gdy pewnego dnia stanął na szczycie góry Huancauri rozgniewany Bóg zamienił go w głaz. Tenże los spotkał także trzeciego z braci. Od tamtego momentu jedynymi władcami pozostali Manko Capac i jego małżonka Mama Occlio. Niebiańską pareę otaczało takie światło boskości, iż coraz więcej plemion oddawało się ich panowaniu .

II Legenda o powstaniu Tawantinsuyu


 

Indiański Bóg słońca Inti zesłał swoje dzieci na ziemię, darując im święty pręt i przykazując im by próbowali zagłębić go w ziemię, tam gdzie im się to uda zrobić miało powstać ich państwo. Manco Capac i Mama Ocllo wynurzyli się z jeziora Titicaca i wyruszyli w drogę. Wędrowali dniami i nocami zatrzymując się tylko na posiłki. W końcu dotarli na szczyt Wana Kawri, gdzie bez trudu święty pręt zagłębił się w ziemi, odtąd dolina otaczająca Cuzco stała się ich domem i państwem którego byli władcami - Manco Capac i jego żona, siostra Mama Ocllo.

III Legenda o powstaniu Państwa Inków - Pacari Tampo


Sześć mil od Cuzco leży Pacari Tampo , co oznacza „ Dom Obfitości”. Wznosi sie tam Góra zwana Tampo Toko czyli „Dom okien”. Są tam bowiem trzy okna, zwane Maras Toko, Sutik Toko i Capak Toko „ Wspaniale okno”
Z pierwszych dwóch okien wyszły główne szczepy zasiedlajace od tego czasu doliny Cuzco. Ze wspanialego okna wyszlo osmioro rodzenstwa Ajarów, czterech mezczyzn i cztery kobiety. Nie byli oni zrodzeni. Po prostu wyszli z okna z rozkazu Wirakoczy Paczajaczaci , utrzymujac , że Tici Wirakocza stworzyl ich , aby panowali . Gdy ujrzeli , jak małoduszni i tchórzliwi byli mieszkancy tych okolic , narzucili im siłą tę wiarę i nakazali , by czczono ich jako istoty wyższe oraz, by spelniano obowiazki poddancze.
Imiona czterech braci brzmialy Manco Capac, Ajar Uchu, Ajar Cachi i Ajar Auka. Najważniejszą z sióstr była Mama Ocllo.
Ośmioro rodzeństwa powiedziało sobie:
- Urodziliśmy się silni i mądrzy. A wiec pomnażajmy nasza moc, skupiajmy wokół siebie ludy! Szukajmy żyznych okolic i podporządkujmy sobie ich mieszkańców. Nieposłusznych weźmiemy silą...

Legenda o Ayahuasca


"W samym środku snu Pierwszy Ojciec rozwinął wszechogarniającą mgłę, w której pulsowały mchy i rozbrzmiewał śpiew wiatrów, ptaków i ryb. Pierwszy Ojciec pochwycił mgłę i przeszył ją igłą swojego oddechu. Potem wyciągnął mgłę ze snu i zmieszał wraz z ziemią. Wypluł kilka razy mglistą ziemię a wtedy z wichru wyrosła puszcza, drzewa rozłożyły swoje ogromne korony a ziemia dała głos i ciało świerszczom, pancernikom, mrówkojadom i wszystkim zwierzętom. Niebo zrodziło królewskiego orła, papugę, kaczkę, puchacza i wszystkie ptaki. I powiadają, że od tego czasu brzmią ziemia i puszcza. Dziś w puszczy słychać ryby, owady i tyle innych zwierząt, które nauczyły się mówić i myśleć.
Wszystko to słychać w puszczy, ale nade wszystko rozbrzmiewają kroki roślin, zwierząt, ptaków i kroki kamieni, którymi byli kiedyś ludzie. A nocą w puszczy najbardziej słyszy się samego siebie, swoje wspomnienia, wszystko to, co usłyszeliśmy w swoim życiu: muzykę fletni, obietnice, kłamstwa, lęki, wyznania, lament wojny i szepty miłości. Wszystko to rozbrzmiewa w puszczy i więcej jeszcze, bo w puszczy nawet cisza gra.
Mówią, że upłynęło wiele czasu, od kiedy to wszystko zostało stworzone. Mężczyźni i kobiety z gór i rzek żyli w harmonii. Mężczyźni zanim wyszli o świcie polować i łowić ryby prosili Ducha Puszczy, by pozwolił im wziąć to, czego potrzebują. Wracali załadowani wyżywieniem, a kobiety zasiewały pola czule rozmawiając z Matką Ziemią, by dała im pokarm. Przygotowywały ubrania, naszyjniki, bransolety z nasion i fasoli. Dzieci bawiły się od świtu do zmierzchu. A nocami wszyscy się zbierali w wielkim domu, by razem śpiewać, rozmawiać, opowiadać historie. W tamtym czasie słońce świeciło uśmiechając się do wszystkich ludów a deszcz padał, kiedy miał padać, by podlewać pola, ożywiać źródła i napełniać rzeki.
Tymczasem na drugim brzegu morza ludy śniły i śniły. Że ziemia jest okrągła. I budowano statki, by wyjść poza swoje marzenia, wymyślali przyrządy nawigacyjne i proch, by wygrywać wojny.
Ludzie z gór i rzek nic nie przeczuwali, nawet sobie tego nie wyobrażali. Nadal żyli tak, jak ich nauczyli przodkowie, ufając słońcu, księżycowi, gwiazdom i Matce Ziemi.
Aż do dnia, kiedy z wysokich gór przyleciał ogromny Biały Ptak. Zbliżył się do nich i powiedział: "Ból. śmierć i zapomnienie przybędą, ale wy przeżyjecie, jeśli przyjmiecie to lekarstwo, zwane Ayahuasca nigdy nie zapomnicie, kim byliście i kim jesteście."
I Biały Ptak zniknął.
Ayahuasca nie jest ulotną przyjemnością czy przygoda bez ziarna jak dla wirakocha. Ayahuasca to drzwi, ale nie by uciec, ale by wejść w te inne światy, aby przejść niezdobyte głębiny nocy, nieograniczone odległości.

Światło Ayahuasca nie tłumaczy, nie odkrywa tajemnic, nie wyjawia sekretów, ale podlewając nieznaną ziemię, oświetla ją. Kiedy wołasz Ayahuasca w potrzebie, umiejętnie i z szacunkiem, nie ma błędu, nie ma cudu, ani przed ani po Ayahuasca. Kiedy się je woła w potrzebie i z szacunkiem, Ayahuasca jest jak kamienne ostrze noża, które odcina ciało od duszy. Jeśli dusza jest chora rozdzielenie jej od swej twardej materii zapobiega zarażaniu, wbija je na pal. Ayahuasca pokazuje źródło i miejsce zła, i mówi, jakimi pieśniami, jakimi zaklęciami je przepędzić, i jeśli chore jest ciało, podobnie oddziela je od duszy, by ta nie zgniła, wskazuje także korzenie, które utrzymują duchowe ciało materialnej duszy, dalekie i rozdzielone aż do momentu, kiedy ciało odżyje w samym sercu. I to, co wydaje się niczym jest wszystkim, są talenty, moce, rozkazy, korzenie i soki korzenne, skorupy tego i owego, różne rodzaje deszczy, które się pije i różne kamienie. I wie Ayahuasca, jak, kiedy je użyć i przygotować i przekazuje je ciału i duszy, jeśli uzna, że na to zasługują.
Jeśli wzywa Ayahuasca w potrzebie i z szacunkiem nie ma błędu, nie ma cudu ani przed ani, po Ayahuasca. Jest to, co zasługujemy poznać, co zasługujemy zignorować, wszystko jest zasługą, kiedy się umie wzywać Ayahuasca. Wszystko, co wydaje się niemożliwe staje się łatwe. Nawet popiół, całowany przez spragnionego zmienia się w wodę.

Mit o obfitości krabów

Indianie Makiritare i szereg innych plemion zaludniają las bardzo poważnymi, niewidzialnymi władcami i opiekunami tych zakątków, zwanymi Sada’she. Złamanie ich odwiecznych praw bywa surowo karane. I tak na przykład jedno z praw Sada’she mówi, że nie wolno wyciąć ponad potrzebę więcej drzew i roślin niż trzy czy cztery. W strefie polowań nie wolno zabijać więcej zwierzyny niż dyktuje to konieczność wyżywienia. Przekroczenie norm ściąga gniew i zemstę strażników selwy: na ludzi spadają nieszczęścia, choroby, a nawet śmierć.

Każdy rodzaj zwierząt bądź roślin tworzy odrębną rodzinę posiadającą własny dom, niewidzialny dla zwykłego człowieka. U Indian Makiritare zwierzchnik, władca, protoplasta takiej rodziny, nazywa się sa’Rashe. Przed polowaniem czy wspólnym łowieniem ryb muszą odbyć się obrzędy, w czasie których błaga się sa’Rashe, by zezwolił ludziom na korzystanie z bogactw selwy niezbędnych do życia. Po uzyskaniu zgody nie przekracza się zasad ani też ustalonych zawczasu ograniczeń.

Bardzo dawno, w zamierzchłych czasach w pewnym osiedlu Yekuana któregoś dnia mężczyźni udali się na polowanie. W obszernym, wspólnym domu pozostały same kobiety i dzieci. Jedna z kobiet wybrała się nadrzekę. Szła brzegiem, wąską ścieżką, i nagle zauważyła kraba. Złapała go i wrzuciła do koszyka. Po chwiliznowu zobaczyła kraba, jednego, drugiego, trzeciego – całe mrowie. Było ich takie mnóstwo, że pobiegła do osiedla po drugi kosz i zwołała resztę kobiet. Indianki zabrały kosze i na wyścigi zaczęły je napełniać krabami. Nie była to już praca, ale zabawa. Wystarczyło schylić się, złapać kraba i wrzucić do kosza. Takiej ilości jeszcze nigdy nie widziały. Kiedy uginając się pod ciężarem wypełnionych koszy wracały do domu, nagle ze wszystkich stron zaczęły wypełzać żmije, węże i wychodzić wszystkie drapieżniki zamieszkujące selwę. Wylegały z lasu bez pośpiechu, wolno, nieubłaganie, zajmując cały obszar osiedla. Na końcu pojawiły się największe zwierzęta: jeleń, liczne pekari, tapir, jaguar, a jako ostatni – baśniowy Komadi, tapir-olbrzym, dwugłowy potwór na ośmiu łapach, zwiastun największych kataklizmów. I rzeczywiście, wraz z przybyciem Komadi wody zaczęły gwałtownie przybierać, wzdymać się, tworząc wiry, a z wodami przypływały wszelkie ryby, łącznie z ogromną ławicą piranii. Wody przybierały i przybierały, zalewając wszystko. Prąd porwał wielki, wspólny dom i pochłonął wszystko, co w nim było: kobiety, dzieci, cały dobytek. Kiedy mężczyźni powrócili z polowania i zboczyli, co się stało, wiedzieli od razu, jaka jest tego przyczyna: prąd unosił ogromne kosze pełne krabów...

Legenda o Wielkim Drzewie Kapokowym

Brazylia

Postaci: Narrator, Mężczyzna, Chłopiec, Małpka, Boa, 2 Motyle, Tukan, Żaba, Jaguar, 2 Pancerniki, Mrówkojad, Leniwiec

Narrator: Pewien mężczyzna wędrował przez dżunglę. Chwilę wcześniej las był ożywiony, pełen skrzeczących ptaków and nawołujących się małp. Teraz wszędzie panowała cisza, a zwierzęta obserwowały człowieka i zastanawiały się, dlaczego przybył. Mężczyzna zatrzymał się i spojrzał na wspaniałe drzewo kapokowe. Wtedy podniósł siekierę, którą miał w rękach i uderzył w pień drzewa.
Mężczyzna: Trach, trach, trach.
Narrator: Dźwięki siekiery rozniosły się po lesie. Drewno był bardzo twarde.
Mężczyzna: Łup, łup, łup.
Narrator: Mężczyzna otarł pot z czoła.
Mężczyzna: Trach, łup, trach, łup.
Narrator: Wkrótce mężczyzna przerwał, zmęczony. Usiadł, opierając się o pień drzewa. Zanim się obejrzał, upał i szum lasu ukołysał go do snu. Wąż boa, który mieszkał na drzewie, po cichu zsunął się po pniu do miejsca, w którym spał człowiek. Spojrzał na cięcie pozostawione przez siekierę. Wówczas wąż zbliżył się jeszcze bardziej do śpiącego mężczyzny i zasyczał mu do ucha:
Boa: Sssssenhor, to drzewo czyni cuda. To mój dom, gdzie żyły pokolenia moich przodków. Nie śśśśścinaj go.
Narrator: Nagle dwa motyle sfrunęły z drzewa i usiadły przy uchu mężczyzny.
Motyle: Senhor, my też tu mieszkamy i fruwamy od drzewa do drzewa i z kwiatka na kwiatek, zbierając pyłek. W ten sposób sprawiamy, że wszystkie rośliny w lesie kwitną i rodzą owoce. Widzisz, stworzenia w deszczowym lesie zależą od siebie nawzajem.
Narrator: Za motylami także i grupa małp zeskoczyła z gałęzi położonych wysoko, wysoko, w koronie drzewa.
Małpa: Senhor, widziałyśmy, co robi człowiek. Ścina jedno drzewo, a potem wraca po następne i następne. Korzenie tych wielkich drzew uschną i nie zostanie nic, co podtrzymywałoby ziemię. Kiedy nadejdą ulewne deszcze, grunt osunie się i las stanie się pustynią.
Narrator: Z drzewa sfrunął tukan.
Tukan: Senhor! Nie wolno ci ściąć tego drzewa. My, tukany, lecąc nad lasem widziałyśmy, co dzieje się, gdy człowiek wycina puszczę. Ludzie budują tu domy, rozpalają ogień, aby przygotować grunt pod uprawy. Wkrótce nic tu nie zostanie. Gdzie kiedyś było życie i piękno, tam bedą tylko dymiące zgliszcza.
Narrator: Kilka małych żabek przysiadło na krawędzi liścia. Skrzeczącymi głosami, zaczęły przemiawiać do człowieka.
Żabka: Senhor, jeśli zetniesz to wspaniałe drzewo kapokowe, uczynisz wielu z nas bezdomnymi. Zrujnowany las to zrujnowane życia.
Narrator: Na jednej z gałęzi spał także jaguar. Ponieważ jego cętkowane futro przypominało plamki słońca błyszczące wśród liści, nikt go nie zauważył. Teraz jaguar zeskoczył z konaru, cicho podszedł do śpiącego mężczyzny i zawarczał.
Jaguar: Senhor, drzewo kapokowe jest domem dla wielu zwierząt i ptaków. Jeśli je zetniesz, gdzie znajdę obiad?
Narrator: Dwa pancerniki także dołączyły do swych towarzyszy i powiedziały:
Pancerniki: Senhor, czy wiesz, czego potrzebują wszystkie żywe istoty? Tlenu. A czy wiesz, co wytwarzają drzewa? Tlen! Jeśli wytniesz las, zniszczysz coś, co daje nam życie!
Narrator: Do śpiącego mężczyzny podszedł mrówkojad.
Mrówkojad: Senhor, ścinasz to drzewo nie myśląc o przyszłości. A z pewnością wiesz, że co stanie się jutro, zależy od tego, co robimy dziś. Inny człowiek każe ci wyciąć to piękne drzewo, ale nie myśli o swoich dzieciach, którym przyjdzie żyć w świecie bez drzew.
Narrator: Leniwiec zaczął schodzić na ziemię, jak tylko zobaczył idącego człowieka, ale dopiero teraz udało mu się dotrzeć na dół. Odezwał się więc swoim głębokim, leniwym głosem:
Leniwiec: Sehnoooor… Ile warte jest pięęęękno? Czy moooożesz bez niego żyć? Jeśli zniszczysz uroooodę deszczowego lasu, czym nacieszysz swe ooooko?
Narrator: Wreszcie i mały chłopiec z plemienia Yanomami, które żyło w dżungli, uklęknął obok mężczyzny i wyszeptał:
Chłopiec: Senhor, kiedy się obudzisz, spójrz, proszę, na nas innym wzrokiem.
Narrator: W tym momencie mężczyzna zbudził się. Ujrzał przed sobą dziecko lasu i wszystkie stworzenia, których życie zależało od wielkiego drzewa kapokowego. Cóż to za cudowne i rzadkie zwierzęta! A jakże różnorodne rośliny zwieszały się z gałęzi wielkiego drzewa, przez które przeświecały słoneczne promienie! Mężczyzna poczuł słodki zapach kwiatów i lekką mgiełkę na twarzy. Ale nie usłyszał żadnego dźwięku, wszystkie zwierzęta milczały, wpatrzone z niego. Mężczyzna podniósł się i chwycił siekierę. Uniósł ramię i zamachnął się. Nagle stanął. Odwrócił się i spojrzał na chłopca i zwierzęta. Zawahał się. Wtedy opuścił siekierę i począł iść z powrotem w stronę skraju lasu.

Legenda o Guaranie

Brazylia

Dawno, dawno temu, głęboko w amazońskiej dżungli żyła para ludzi. Byli to najszczęśliwsi ludzie w plemieniu Satere-Maue. Byli podziwiani i szanowani, pracowali najciężej ze wszystkich, aby wszystkim lepiej się żyło.Brakowało im tylko jednego: nie mieli potomka. Każdego dnia zwracali swe modły do wielkiego boga Tupã, aby spełnił ich marzenie o posiadaniu dziecka. Dobry bóg widział czyny tych dwojga ludzi, postanowił więc spełnić ich prośbę. Wkrótce na świat przyszedł ich wymarzony syn. Kiedy chłopiec dorósł, stał się tak samo poważany, jak jego rodzice. Był to jeden z najlepszych, najsilniejszych i najmądrzejszych mężczyzn w plemieniu. Świetnie władał łukiem i był najlepszych tropicielem. Jego serce pełne było dobroci. Kiedy nie był właśnie w dżungli, ucząc się nowych rzeczy, pomagał matce w codziennych pracach. Często pomagał też ojcu łowić ryby i polować, choć nie lubił zabijać zwierząt, jeśli nie wiązało się to ze zdobyciem pożywienia dla członków indiańskiej społeczności. Wkrótce młodzieniec wiedział już wszystko o deszczowym lesie, powiadano, że umiał rozmawiać z małpami, naśladować śpiew ptaków, a nawet przechytrzać węże. Znał zwyczaje mieszkańców dżungli lepiej niż ktokolwiek w wiosce. Zwróciło to uwagę demona Jurupari, o którego istnieniu chłopiec nie wiedział. Jego rodzice sądzili bowiem, że miał on zbyt szlachetne serce, aby poznać ciemne strony świata. Jurupari był zły, że chłopak zyskał takie uznanie współplemieńców, a także zwierząt i ptaków. Postanowił zemścić się na chłopcu. Pewnego dnia, gdy młodzieniec zrywał właśnie owoce, których pełen kosz miał zamiar zanieść matce, Jurupari, przemieniowy w jadowitego węża, zsunął się bezszelestnie po pniu drzewa i ukąsił go. Trujący jad demona sprawił, że chłopiec osunął się nieżywy na ziemię. Kiedy młodzieniec nie powrócił o zmierzchu do chaty, zaniepokojeni Indianie postanowili wyruszyć na poszukiwania. Wkrótce, nieopodal drzewa, z którego często rwano owoce, znaleziono martwe ciało chłopca ze śladami po ugryzieniu węża. Nikt nie mógł w to uwierzyć, wszyscy bowiem wiedzieli, że chłopiec nie bał się węży i znał dżunglę jak własną kieszeń. Po chwili namysłu starszyzna plemienna uradziła, że musiał to być Jurupari – jedyny mieszkaniec lasu, którego młodzieniec nie poznał. Zasmucił się dobry bóg Tupã widząc to nieszczęście. Pożałował dobrych rodziców chłopca. Nagle z jasnego nieba strzelił piorun. Matka chłopca od razu zrozumiała, co oznaczała ta wiadomość. — To Tupã. On też smuci się z nami, bo wie, jak wielka spotkała nas strata. On chce, żebyśmy zakopali tu oczy mojego syna. Kiedy wyrosną, staną się cudowną rośliną, która pomoże uzdrowić wielu z nas. Tak też uczynili. Nim się obejrzeli, z ziemi wyrósł nieznany im krzew. Indianie nazwali go guaraná, co w ich języku znaczyło „owoc jak ludzkie oko”. Ludzie w Amazonii wciąż używają guarany jako lekarstwa. Ze względu na swe właściwości jest ona postrzegana jako jedna z najlepszych roślin w całym deszczowym lesie.

Legenda o Manioku

Brazylia


Pewnego dnia w rodzinie Indian Tupi, rdzennych mieszkańców Brazylii, przyszła na świat śliczna dziewczynka. Gdy rodzice ujrzeli swą nowo narodzoną córkę, zdumieli się ogromnie, bo dziewczynka miała bardzo jasną skórę zupełnie niepodobną do cery Indian. Mama e tata Tupi dali małej na imię Mani.
Mani rosła, ale niewiele jadła i niewiele piła. Wydawało się, że kryje się w niej jakaś tajemnica. Pewnego poranka dziewczynka nie wstała z hamaka. Zaniepokojeni rodzice wezwali szamana, który podał Mani napary z ziół do wypicia. Dziewczynka zaczęła się uśmiechać, nie czując bólu, i tak śmiejąc się cały czas, umarła.
Indianie pochowali ją wedle zwyczaju plemiennego: wewnątrz izby, której nazwa w języku Tupi brzmi oca. Zwyczajem indiańskim podlali też owo miejsce wodą oraz własnymi łzami.
Pewnego dnia spostrzegli, że z miejsca, w którym spoczywała Mani, wyrasta roślina, zielona i bujna. Indianie nie widzieli jej nigdy wcześniej, a rosła ona bardzo szybko. Gdy minęło kilka księżyców, silna łodyga rośliny oplotła ziemię wokół. Wówczas mama Mani postanowiła ją wykopać.
Kopali i kopali, a po dłuższej chwili oczom Indian ukazały się brązowe korzenie, o odcieniu skóry indiańskich dzieci. Ale pod łupiną kryło się białe wnętrze, zupełnie takie, jak buzia Mani. Rodzice postanowili więc nazwać ową dziwną roślinę mani-oca, a wkrótce odkryli, że doskonale nadaje się na pożywienie dla biednego plemienia. Do dziś nie ma chyba w całej Brazylii ani jednej osoby, która by nie lubiła potraw przyrządzonych z tej smacznej rośliny.
Surowe bulwy manioku są trujące. Dopiero odpowiednia obróbka (gotowanie, pieczenie, przyrządzenie mączki maniokowej) pozbawia korzeń właściwości trujących

Legenda o różowym delfinie

W wodach Amazonki pływa słodkowodny delfin, którego polska nazwa brzmi inia, a portugalska boto-cor-de-rosa. Skóra tego ssaka rzeczywiście ma kolor różowy. Indianie nigdy nie polują na to zwierzę, mogłoby się bowiem okazać, że jego mięso smakuje jak mięso ludzkie. Według legendy różowy delfin jest zaklętym przez boga Tupa indiańskim wojownikiem, który naraził się bogom swą krnąbrnością i został za to ukarany. Jednak raz do roku, w czas zabawy wychodzi w przebraniu na brzeg rzeki, tam, gdzie rozbrzmiewa muzyka i płoną ogniska, i włącza się do tanecznego korowodu. Upatruje sobie najpiękniejszą z panien i nie wypuszcza jej ze swych objęć. Jego czar jest tak wielki, że żadna z dziewcząt mu się nie oprze. Po kilku miesiącach na świat przychodzi nieślubne dziecko dziewczyny i... różowego delfina. Wiara w legendę jest tak silna, że wiele dzieci w metrykach urodzenia jako ojca ma wpisanego boto. Jeśli dziewczyna nie pamięta, co się z nią działo w noc zabawy, a potem zachodzi w ciążę, wiadomo, że to delfin rzucił na nią urok.

Legenda o wulkanach

Meksyk

Dawno temu, jeszcze przed przybyciem do Meksyku Hernana Cortesa, Aztekowie żyli w mieście Tenochtitlan, na którego gruzach powstała później dzisiejsza stolica kraju.
Potężny był władca Azteków i kochany przez swój lud. Jednakże on i jego żona mieli jedno zmartwienie — nie mieli dzieci. Ale pewnego dnia, dobrzy bogowie wysłuchali próśb azteckiego wodza i jego żona powiła córeczkę. Dziewczynka była równie piękna jak jej matka. Nadano jej imię Iztaccihuatl, co w języku nahuatl znaczy „biała pani”. Indianie kochali Iztę, jak pieszczotliwie ją nazywano, a jej rodzice od dziecka przygotowywali ją do objęcia władzy w państwie.
Gdy dziewczyna dorosła, zakochała się w przystojnym i miłym dowódcy plemiennej armii, Popoce. Niedługo jednak cieszyła się swym szczęściem. Pewnego dnia bowiem wybuchła wojna i wszyscy wojownicy ruszyli na Południe, aby walczyć z wrogiem. Ojciec Izty — wiedząc o miłości młodych, lecz jej nie pochwalając — polecił Popoce przywieźć z wojny głowę króla wrogiego plemienia. Był to warunek poślubienia księżniczki.
Po wielu miesiącach bitew, do Tenochtitlanu dotarła straszna wiadomość. Mimo zwycięstwa jego armii, Popoca poległ w walce. Władca Azteków zasmucił się słysząc te wieści, ale jeszcze bardziej przeżyła je Izta. Przestała jeść i wychodzić z pałacu. Kilka dni później ciężko zachorowała i umarła z żalu po stracie ukochanego.
Kiedy przygotowywano pogrzeb królewskiej córki, do miasta w glorii chwały zjechał Popoca wraz ze swoją armią. Widząc go, władca nie ukrywał swojego zdumienia. Natychmiast powiedział mu o wieściach, które dotarły do niego kilka dni wcześniej. Okazało się, że fałszywą wiadomość przekazał wojownik, który z całego serca nienawidził Popoki.
Gdy Popoca dowiedział się o śmierci ukochanej, wykradł jej ciało i z garstką towarzyszy uciekł z miasta. Wędrował długo, dopóki nie znalazł się u podnóża gór. Tam polecił swym wojownikom zbudować stół pogrzebowy i na nim ułożył ciało Izty. Wtedy ukląkł, by raz jeszcze spojrzeć na swą miłość, i także umarł z rozpaczy.
Bogowie wzruszyli się, widząc poświęcenie Popoki i zmienili ciała kochanków w dwa wspaniałe i majestatyczne wulkany. Ten większy nazywany jest dziś Popocatepetl, co w języku nahuatl znaczy „dymiąca góra”. Czasami widać, że ciągle czuwa on nad śpiącą u jego stóp Iztaccihuatl.

Wyspy Uros

w/g legendy Indianie Uro żyli tutaj zanim pojawili się Ajmarowie, Quechua i biali a nawet zanim słońce zaczęło oświetlać ziemię i są tak starzy jak świat. Mieli wówczas dłuższe ramiona i nogi  wydłużoną czaszkę  i nie odczuwali chłodu i nigdy nie tonęli.

Mit o

 

 

 

 

Copyright © 2008 sztukaperu.com

ponczo, wełna lamy, egzotyczna biżuteria